Srebrne blachy na horyzoncie – Relacja z naszego wyjazdu do Nigerii
Przez bezdroża, w poprzek rwących potoków, przedzieramy się przez busz w asyście dwóch pickupów oraz kilku motocykli. Nikt inny nie zna lepiej tych terenów niż nasi zaprzyjaźnieni myśliwi, którzy jadą z nami. Drogę do wiosek, które zamierzamy odwiedzić, znają bardzo dobrze. Zdarzało się, że w nocy pędzili nią na pomoc atakowanym ludziom.
W sumie chcemy odwiedzić trzy wsie, które były celem ataków terrorystów na przełomie kwietnia i maja. Po jednej przez trzy kolejne dni. W zasadzie czas pobytu pozwoliłby nam na więcej, bo i poszkodowanych wsi było wiele, ale jest pora deszczowa i część miejscowości jest odcięta od świata. Wezbrane rzeki zamieniły czerwone nieutwardzone szosy w błotniste mokradła. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wioski, które zostały zaatakowane wiosną, oddalone są od siebie nawet o kilka godziny jazdy. W porze deszczowej niebo jest mocno zachmurzone i szybko robi się ciemno, a lepiej wyrobić się przed zapadnięciem zmroku, który zakrywa czernią całą okolicę.
Wspomniane wsie leżą na południe od miasta Dżos, stolicy stanu Plateau. Są to właściwie osady, które w niczym nie przypominają naszych wsi. Nie ma tu charakterystycznego układu z domami stojącymi wzdłuż drogi. W sumie nie ma nawet dróg. Koleiny wśród traw wskazują, którędy można przejechać, choć i z tym trzeba uważać, bo czasem wśród zarośli kryją się dwumetrowe osuwiska. Na horyzoncie nie widać też znanych nam różnobarwnych pasów rzepaku, pszenicy czy innych upraw. W Nigerii niewielkie poletka są poukrywane między domami. Tu gdzieś rośnie kukurydza, tam buraki, gdzieindziej jam, czyli coś na kształt naszego ziemniaka. Uprawy są dorodne. Taka kukurydza rośnie na dobre 4 metry w górę. Ma to jednak swoje wady.
W gąszczu łatwo jest się podkraść i niepostrzeżenie zaatakować niczego niespodziewających się mieszkańców osady. Tak też wielokrotnie wyglądały ataki na wsie. Bandyci podchodzili blisko, otaczając miejscowość z każdej strony. Pod osłoną nocy podpalali skrajne budynki po czym wdzierali się dalej. Ludzie nie mieli wiele czasu na ucieczkę. Zaalarmowani zabierali dzieci i uciekali w głąb buszu, aby schronić się w wysokiej roślinności. Terroryści tropili ich, a gdy kogoś znaleźli, mordowali z zimną krwią – maczetami, bronią palną, wszystkim, co mieli pod ręką. Często płacz niemowląt zdradzał miejsce ukrycia się rodziny. Kobiety ginęły z dziećmi na rękach. Dlatego tak istotna jest rola Huntersów, czyli lokalnych myśliwych, pełniących obecnie rolę samoobrony. Mają oni długą tradycję wywodzącą się jeszcze z czasów kolonialnych. Kiedyś chronili ludzi przed dzikimi zwierzętami oraz odnajdywali zaginionych w buszu. Dziś są formacją zbrojną, która patroluje zagrożone miejscowości, stara się zapobiegać porwaniom, a gdy trzeba rusza atakowanym z odsieczą. Pełna jej nazwa brzmi Nigerian Forest Security Service (NFSS), co można by luźno przetłumaczyć jako Nigeryjska Leśna Służba Bezpieczeństwa. Potocznie w Nigerii mówi się o nich „Huntersi” czyli po prostu myśliwi.
Bestialstwo trudne do opisania
To, że konflikty na świecie traktowane są wybiórczo, wie chyba każdy z nas. O jednych mówi się dużo, o innych – czasem się gdzieś wspomina, a o jeszcze innych – milczy. Nigeria jest gdzieś pomiędzy dwoma ostatnimi stwierdzeniami. Na różnych profilach w mediach społecznościowych, zarówno polskich, jak i zagranicznych, widziałem krótkie informacje o rzeziach. Widziałem historie ludzi, którzy zostali okaleczeni, którym spalono domy, którzy stracili bliskich. Nieraz natrafiałem też na zatrważające statystyki dotyczące tysięcy ofiar terroru, jaki ma miejsce w Nigerii od przeszło dwóch dekad. Często tym informacjom towarzyszyły apele o wsparcie dla poszkodowanych. Na własne oczy nie widziałem jednak zbyt wielu efektów tych apeli. Kilka razy natomiast spotkałem się z osobami, które widziałem, gdzieś na filmiku czy zdjęciu, pojawiającym się w sieci. Nie chcę tutaj jakoś wywyższać naszej skromnej pomocy, ani dawać do zrozumienia, że jesteśmy jedyną organizacją, która faktycznie coś w tym temacie robi, ale… dotąd nie spotkałem się w Nigerii z sytuacją taką jak w Iraku czy Ukrainie, gdzie byliśmy jedną z wielu fundacji, które ruszyły z pomocą. Nikt, z kim rozmawiałem, nie wspominał, że oprócz nas był tu ktoś jeszcze.
Wspomniani myśliwi, którzy towarzyszyli nam w odwiedzinach w miejscowościach, które były celem ataków terrorystów, też znikąd nie otrzymali wsparcia. Terenówki czy motocykle, które z nami jechały, były kupione przez nas. Prawie pół setki pojazdów, które w sumie im dostarczyliśmy, było efektem próśb wielu osób, od sołtysów wiosek, po księży, pastorów, aż po zwykłych mieszkańców. Wszyscy naokoło podkreślali, że od tego trzeba zacząć – od zapewnienia bezpieczeństwa. Inaczej kolejne wsie padną łupem bandytów, a możliwość obronienia się to kluczowa sprawa, by ofiar było mniej. Zresztą w pierwszej z odwiedzonych miejscowości rozmawialiśmy z młodymi chłopakami, którzy w kwietniu stawili czoła napastnikom. Atak trwał trzy godziny. Jak wspominałem wcześniej, terroryści atakują zazwyczaj z różnych kierunków. Okrążają wsie i palą dom po domu. Mieszkańcy starają się odpierać najazdy. W tym konkretnym przypadku udało się, jednak tylko częściowo. Kilkanaście domów zostało spalonych. Zginęło ośmiu obrońców. Byli to koledzy tych chłopaków, z którymi rozmawialiśmy.

Świat kukurydzy i cyny
Za poletkami kukurydzy wyłaniają się blaszane dachy oślepiające odbijającym się słońcem, a po chwili widać też czerwone ściany glinianych domów. Są ich dziesiątki, nierówno rozłożone na lekko pagórkowatym terenie. Nie ma tu centralnego punktu, skrzyżowań czy choćby jednego bardziej charakterystycznego punktu. Zatrzymujemy się gdzieś pośrodku i wysiadamy z samochodu. Natychmiast wokół zbierają się mieszkańcy ciekawi przybyłych gości. Z początku jedynie patrzą na nas bez wyraźnych emocji. Na przywitanie wychodzi do nas starszy mężczyzna, będący sołtysem, oraz młodszy, określany jako „youth leader”. Taką funkcję już spotkałem wcześniej w Iraku. U nas raczej trudno jest znaleźć odpowiednik, ale w wielu społecznościach to taki przedstawiciel młodego pokolenia. Swego rodzaju łącznik pomiędzy starszyzną a młodymi. Oprowadzają nas po wsi, opowiadając przy tym o wydarzeniach ostatniej wiosny. Pokazują też domy, których odbudowę sfinansowaliśmy. Te połyskujące srebrzyscie dachy to właśnie znak, że pokrycie jest nowe. Niestety w wielu miejscach świeżo położona blacha jest oznaką, że miejscowość była w niedalekiej przeszłości celem terrorystów. W kilku miejscach zatrzymujemy się dłużej i wysłuchujemy relacji naocznych świadków. Wspominana grupa chłopaków opowiada nam, jak bez namysłu ruszyli bronić swoich rodzin oraz sąsiadów. Trzeba tutaj dodać, że przeciwnik dysponował bronią automatyczną, przeważnie w postaci karabinków Kałasznikowa. Oni mieli co najwyżej ręcznie robione strzelby na amunicję śrutową. Atak jednak odparli.
Po oględzinach siadamy na plastikowych krzesełkach na umownym środku wsi, a ja staram się wypytać o jej historię o to, jakie gatunki roślin uprawiają jej mieszkańcy, i jak ogólnie dają sobie radę. Zaciekawiły mnie zarośnięte szyny kolei wąskotorowej, przez które chwilę wcześniej przejeżdżaliśmy. Przedstawiciel młodych opowiedział mi, że pół wieku wcześniej była tu spora kopalnia cyny prowadzona przez Brytyjczyków. Region Plateau znany jest z jej bogatych złóż. Właściwie w całej Nigerii tylko tutaj można ją znaleźć i tylko w porze deszczowej, kiedy woda zmienia twardą glebę w błotnistą glinę. Kiedyś wydobywanie surowca było bardzo dochodowym zajęciem, choć trudno powiedzieć, czy tylko dla właścicieli kopalń, czy również dla jej pracowników. Dziś się tego już nie dowiemy. Lata temu Brytyjczycy po prostu zamknęli kopalnie i z dnia na dzień wyjechali. Obecnie ludzie sami starają się wydobywać cynę przy pomocy łopat, sit i pomp odprowadzających wodę. Tych ostatnich używają rzadko, bo są to motopompy na ropę, a ta kosztuje. I tak – cały czas mówimy o kraju, który jest w pierwszej dziesiątce państw z największymi złożami czarnego złota na świecie.
Cynę wydobywają kobiety i mężczyźni. Kiedy jedni pracują w polu, pozostali przesiewają ziemię na urobisku wielkości kilku boisk piłkarskich. Częstym widokiem są też biedaszyby, głębokie na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów. Wydobycie cyny w takich wykopach należy do ekstremalnie niebezpiecznych zajęć. Gdy tunel się zawali, grzebie przebywające w nim osoby, nie raz bardzo młode, które chcą zarobić trochę grosza na utrzymanie. Wiedziony ciekawością, pytam, ile warta jest cyna, która suszy się na betonowym placu obok urobiska. Trudno tak na oko określić jej wagę, ale objętościowo myślę, że spokojnie zmieściłaby się do mojego plecaka. Po chwili namysłu pada odpowiedź. Około 40–50 tysięcy naira. Szybko dzielę to na dolary a te na złotówki i wychodzi mi jakieś 120 polskich złotych. Dziesiątki rąk przerzucających tony ziemi, płuczących każdą grudkę, kalecząc dłonie i stopy na ostrych kamieniach za wynagrodzenie, za które w Polsce można kupić co najwyżej czajnik elektryczny. I ja wiem, że świat nie jest sprawiedliwy, że jedni pracują za grosze, żeby drudzy mogli taniej kupować. Ale te 120 złotych nawet w Nigerii nie jest przyzwoitym zarobkiem, szczególnie za pracę z narażeniem życia, a już na pewno zdrowia.
Na sam koniec pobytu idziemy niespiesznie do samochodu, którym przyjechaliśmy. W jednej chwili wokół zbiera się chyba cała wieś. Początkowy dystans mieszkańców gdzieś się ulotnił. Wszyscy się uśmiechają, podchodzą, zagadują. Jedna z pań podchodzi z wielkim garem gotowanych skrzydełek kurczaka, które właśnie zrobiła. Częstuje nas i całą ekipę, która z nami przyjechała. Ludzie cieszą się, że ktoś ich odwiedza, że ich los i życie z dala od cywilizacji kogoś obchodzi. Myślę też, że te kilka samochodów i motocykli wraz z uzbrojonymi ludźmi daje im poczucie bezpieczeństwa. Choćby na chwilę.
Chcą po prostu żyć dalej
Kolejne dwie wsie wyglądają dosyć podobnie. Są co prawda bardziej rozległe, a domy stoją dalej jeden od drugiego, ale reszta jest łudząco podobna. Małe poletka przeplatają się z domami. W niektórych miejscach są ogrodzone wysokimi na dwa–trzy metry kaktusami. Od razu da się zauważyć, że to rodzaj płotu — gęstego, trudnego do sforsowania, służącego dodatkowo jako miejsce do rozwieszania prania. Mieszkańcy pochłonięci są swoimi codziennymi zadaniami. Czuć zapachy gotowanych potraw, bo zbliża się pora obiadowa. I tu ludzie są zainteresowani naszym przybyciem, ale identycznie, jak wczoraj i przedwczoraj, nie okazują z początku większych emocji. Dopiero po jakimś czasie podchodzą, pozdrawiają i zagadują. Odwiedzamy kolejne rodziny, którym położyliśmy nowe dachy, wysłuchujemy kolejnych dramatycznych relacji. Z jednego z domów słyszymy płacz i lament kobiety. Okazuje się, że od tygodni leży ona całymi dniami na materacu wśród gruzów domu, w którym zginęła praktycznie cała jej rodzina. Przeżyła tylko ona i córka, której akurat nie było we wsi. Sąsiedzi starają się ją pocieszać, ale sami nie znajdują odpowiednich słów wsparcia. Przecież też stracili bliskich.
Kiedy tak przechadzamy się wzdłuż wsi, myślę o Was. O osobach, dla których po powrocie napiszę relację z tego wyjazdu. Nie myślę o tym, jaki dać tytuł i opis, żeby „się klikało”. Wiem, że są osoby, które chętnie przeczytają ten tekst i bez sensacyjnego nagłówka. A może ktoś trafi na niego przypadkiem. W każdym razie chcę, żeby na koniec artykułu i reportażu, który przygotuję już w Polsce, pojawił się jakiś pozytyw, niepozostawiający czytelnika z poczuciem bezsilności. Szukam, szukam i nie znajduję. Dobrze wiem, że za jakiś czas ta lub inna wieś zostanie ponownie zaatakowana. Może te domy, które wyremontowaliśmy zostaną zniszczone. Może trzeba będzie znów to wszystko odbudować. W tym momencie nie widać żadnej szansy, żeby sytuacja w Nigerii się poprawiła. Międzynarodowe instytucje nie widzą problemu. Wielkie mocarstwa go nie dostrzegają. Ba, nawet lokalne władze zdają się nie reagować. Gdzieś w prywatnych rozmowach, wieczorami przy ognisku, słyszę stwierdzenia, że to co się dzieje jest niektórym wręcz na rękę. Lokalni włodarze dostają pieniądze na walkę z terroryzmem, więc… muszą z nim walczyć, ale niekoniecznie wygrać. Nigeria jest krajem, w którym korupcja jest ogromna. Od szczytów władzy po urzędników najniższego szczebla. Trzeba zapłacić łapówkę, żeby dziecko dostało się do państwowej szkoły. W teorii edukacja jest darmowa, ale szkół jest zbyt mało, więc trzeba sobie miejsce jakoś „załatwić”. Policjanci z drogówki nawet się nie kryją, tylko po zatrzymaniu samochodu od razu wyciągają dłoń w stronę kierowcy. Co musi się dziać tam na górze, tego nawet nie staram się sobie wyobrazić.
Gdy już daję za wygraną i godzę się z tym, że nie będzie światełka w tunelu w tym tekście, na pomoc przychodzą mi ludzie, którym pomogliśmy. Kobieta, której otworzyliśmy niewielki sklepik pośrodku wsi uśmiecha się serdecznie i pokazuje wszystkie produkty, które można u niej kupić. Nie ma tego wiele, ale ona mówi to z dumą, jakby prowadziła finezyjną drogerię. W innym miejscu podobny sklepik i podobna duma. Choć na półkach nie ma wiele towaru to pani mówi nam, że u niej można dostać właściwie wszystko co potrzebne. W salonie fryzjerskim, również otworzonym przez nas, jesteśmy witani jak rodzina, której kilka lat nie było w kraju. Dopiero teraz, po kilku dniach pobytu i tuż przed powrotem zaczynam dostrzegać skromność i prostolinijność tych ludzi. Oni nie wymagają od nas poruszenia świata swoim losem. Nie oczekują, że odmienimy rzeczywistość, w której żyją. Bo oni chcą po prostu żyć. Ja myślami wybiegłem daleko naprzód, szukając trwałości i długofalowych efektów naszego wsparcia. Ludzie, którzy je otrzymali, patrzyli tu i teraz. Dla nich ważne jest, żeby dziś mieć co zjeść na obiad, żeby dziś posłać dzieci do szkoły i żeby dzisiejsza noc była spokojna. To moje założenie było błędne, bo opierało się na świecie, który znam, na mojej subiektywnej ocenie. Ludzie w Nigerii stąpają znacznie mocniej po ziemi. Dla nich pozytywem jest to, że żyją, a fakt, że ktoś z drugiego końca świata przyszedł im z pomocą jest prawdziwym darem. Dla nich błogosławieństwem jest przetrwanie kolejnego dnia. Tego możemy się od nich nauczyć. I w tym my możemy im pomóc.



