Wojna, która trwa już ponad 30 lat
Od ubiegłego roku wspieramy sierociniec w Gomie w Demokratycznej Republice Konga. Pod opieką placówki jest prawie 40 dzieci w wieku od 4 do 17 lat. Są to przeważnie sieroty oraz tzw. dzieci ulicy, które przez wiele tygodni lub nawet miesięcy błąkały się po mieście. Wiele z nich trafiło na ulicę po tym, jak na początku 2025 roku doszło do krwawych walk w prowincji Kiwu Północne, w których zginęło tysiące ludzi, a ogromna liczba mieszkańców musiała opuścić swoje domy.
W wyniku powstałego chaosu nastąpił paraliż systemu edukacji i ochrony zdrowia. Zamknięte zostały drogi, a region został praktycznie odcięty od świata. W pewnym momencie mocno ograniczony był dostęp do podstawowych towarów, w tym jedzenia i wody. W wielu miejscach pojawiły się zbrojne bandy, a ofiarami przemocy seksualnej i wyzysku ekonomicznego padło wiele kobiet i dziewcząt. Ogólna destabilizacja w tej części DR Konga nie pojawiła się jednak nagle. Realnie można powiedzieć, że wojna trwa tam z przerwami od 32 lat. Wszystko zaczęło się w połowie lat 90. od ludobójstwa w Rwandzie. Ta potworna zbrodnia była jednak dopiero wstępem do najbardziej krwawego konfliktu na świecie po II wojnie światowej, czyli dwóch wojen domowych w Demokratycznej Republice Konga (ze względu na ich charakter trzeba je traktować, jako dwa etapy tego samego konfliktu). Te, choć formalnie zostały zakończone, nadal są tlącym się ogniskiem, które naprzemiennie rozpala się i gaśnie. Jest to szczególnie widoczne w prowincji Kiwu Północne, gdzie w ubiegłym roku walki rozgorzały na nowo. Być może, gdyby te 32 lata temu udało się powstrzymać rozlew krwi, nie mówilibyśmy dzisiaj o najdłużej trwającym konflikcie w nowożytnych dziejach Afryki, który pochłonął życie nawet 10 milionów istnień.
Ludobójstwo w Rwandzie
O ludobójstwie w Rwandzie wspominałem dwa lata temu w artykule: „Kiedy celem wojny jest ludobójstwo”.
Ludobójstwo w Rwandzie trwało od kwietnia do lipca 1994 roku. Zbrodnia dokonana przez bojówki Hutu na przedstawicielach ludu Tutsi w 1994 roku była zaplanowanym na najwyższych szczeblach władz państwowych mordem o charakterze etniczno-klasowy. W wyniku rzezi trwającej niespełna trzy miesiące, śmierć poniosło ponad milion ludzi. Sprawcy zabijali swojej ofiary głównie przy pomocy maczet. Nie oszczędzali nikogo, dodatkowo nawołując ludność cywilną do mordowania swoich sąsiadów, a niejednokrotnie też etnicznych Hutu, którzy nie chcieli brać udziału w masakrze. W wyniku interwencji militarnych oddziałów Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego utworzonego przez diasporę uchodźców Tutsi w Ugandzie, obalono rząd Hutu, a dwa miliony przedstawicieli tego ludu masowo uciekło do sąsiedniego Zairu (przemianowanego w 1997 roku na Demokratyczną Republikę Konga) w obawie przed odwetem. Byli wśród nich również ci, którzy czynnie uczestniczyli w ludobójstwie. Zdecydowana większość osiedliła się w okolicach miasta Goma w prowincji Kiwu Północne. W obozach dla uchodźców Hutu prowadzili szkolenia i organizowali bazy wypadowe do ataków na Rwandę oraz kongijską ludność Tutsi, co doprowadziło do jeszcze większej eskalacji i rozlania się konfliktu na kolejne obszary.
Nowe władze Rwandy po przejęciu kontroli w kraju, praktycznie natychmiast rozpoczęły zemstę. Zaatakowały m.in. obozy w Zairze, w których schronili się Hutu i zmusili ich do powrotu do kraju, gdzie czekała ich egzekucja lub więzienie. Skierowały też siły przeciwko wieloletniemu dyktatorowi Zairu Mobutu Sese Seko, którego oskarżały o wspieranie Hutu. Nastąpił efekt kuli śnieżnej. Rwandyjskie władze zaczęły tworzyć paramilitarne oddziały Tutsi do atakowania Hutu w Zairze. W konflikt zaangażowały się też Uganda i Angola. Z czasem dołączyły do nich również zairskie ruchy opozycyjne, a walki przemieniły się w antyrządową rebelię. Na jej czele stanął Laurent-Désiré Kabila, który stworzył sojusz kilku organizacji paramilitarnych, których głównym celem było obalenie Mobutu. Cel został osiągnięty w 1997 roku, jednak nowa władza kraju, już pod nazwą Demokratyczna Republika Konga, nie potrafiła poradzić sobie z napięciami wewnętrznymi. Bardzo szybko okazało się, że to jeszcze nie koniec długiej i wyniszczającej wojny.
II wojna domowa w Kongu
Po obaleniu Mobutu Sese Seko nowym prezydentem Demokratycznej Republiki Konga ogłosił się Laurent-Désiré Kabila. Bardzo szybko zaczął on proces centralizacji władzy, co doprowadziło do konfliktu z mniejszościami etnicznymi. Odsunął przedstawicieli Tutsi od wpływów, zdymisjonował szefa sztabu armii oraz nakazał wojskom Rwandy i Ugandy opuszczenie kraju. Niedługo po ogłoszeniu tych decyzji doszło do buntu kongijskich członków ludu Tutsi w Gomie. Zyskali oni militarne wsparcie Rwandy i Ugandy i szybko zajęli wschodnią część kraju. Pokłosie ludobójstwa w Rwandzie i napięcia etniczne Hutu i Tutsi znowu dały o sobie znać. Wojna zaczęła nabierać na sile, a z czasem do walk włączyły się też inne afrykańskie kraje, a obie strony konfliktu zyskały sojuszników. W sumie w wojnę zaangażowanych było aż dziewięć krajów i około 25 grup zbrojnych. Tak rozległe zaangażowanie się w wojnę tak wielu krajów i frakcji sprawiło, że II wojna w Kongo stała się najbardziej złożonym konfliktem w Afryce. Każdy chciał osiągnąć swoje cele i zyskać korzyści zarówno ekonomiczne, jak i strategiczne. Już kilka miesięcy po jej wybuchu, pod koniec 1998 roku, nastąpił impas, a starcia przybrały formę nieregularnych potyczek partyzanckich. Jednym z ważniejszych celów dla każdego z uczestników tej wojny była kontrola zasobów naturalnych DR Konga, w tym m.in. kopalni diamentów, kobaltu, koltanu, wolframu czy złota. Zarówno zaangażowane państwa, jak i grupy polityczne i militarne starały się posiadać jakiś wycinek terenów, na których prowadziły nielegalne wydobycie, finansując jednocześnie swoją działalność. W 2001 roku doszło do zamachu na prezydenta Kabilę, a władzę objął jego syn. Nowy prezydent usiadł do rozmów pokojowych, które nawet udało się zakończyć sukcesem, jednak całościowe wprowadzenie porozumień nastąpiło dopiero 2 lata później.
Następstwa kongijskich wojen domowych
Formalne zakończenie wojny nie doprowadziło do ustabilizowania się sytuacji. Sprawy zaszły zbyt daleko. Dziś szacuje się, że w wyniku II wojny kongijskiej śmierć poniosło około 5,5 miliona ludzi, głównie z powodu chorób i głodu. Miliony ludzi musiało upuścić swoje domy. Są to dane, które można znaleźć w wielu opracowaniach. Bardzo wielu rzeczy nie da się jednak policzyć czy nawet oszacować. W kopalniach zarządzanych przez paramilitarne grupy, w wycieńczających warunkach, często pod przymusem, pracowała niezliczona liczba ludzi w tym również dzieci. Przez lata wiele międzynarodowych korporacji kupowało minerały wydobywane bez poszanowania jakichkolwiek praw czy godności ludzkiej. Grupy zbrojne działające w obszarach walk dopuszczały się przemocy seksualnej na niespotykaną w skali świata skalę. Nie były to bowiem „incydenty”, a celowe działania, bardzo systematyczne, które miały zdominować i podporządkować sobie społeczność. Nie da się dziś powiedzieć, ile kobiet i dziewczynek w DR Konga padło ofiarą wykorzystywania seksualnego, ale zapewne można tu mówić o setkach tysięcy czy milionach. Ponadto w trakcie wojny regularnie wykorzystywano również dzieci jako żołnierzy. Robiła to każda ze stron. Być może nigdy wcześniej ani nigdy później nie wykorzystano dzieci na taką skalę w działaniach wojennych, jak to miało miejsce w trakcie kongijskiej wojny domowej.
Sama wojna nie zakończyła się też wraz z podpisaniem porozumień pokojowych. Jej echa jeszcze długo rozbrzmiewały i w sumie rozbrzmiewają do dzisiaj. W regionie Gomy w prowincji Kiwu Północne kolejne walki wybuchły już w 2004 roku i z przerwami trwają tam do dziś. Część dawnych organizacji paramilitarnych, które brały udział w wojnie, przemieniło się w partie polityczne, zostawiając sobie jednak zaplecze wojskowe, co kilkukrotnie doprowadziło do wybuchu walk. Ostatnie miały miejsce w 2025 roku. Mocno osłabione i zdestabilizowane wewnętrznie państwo, choć posiada bogate zasoby naturalne, jest dziś na skraju przepaści.
Skromna pomoc, ale pomoc
Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu uda się przebrnąć przez to „opracowanie” na temat sytuacji w Demokratycznej Republice Konga. Nie jest ono ani łatwe, ani też najlepiej napisane. W wielu miejscach musiałem ograniczyć się do ważniejszych wydarzeń, aby nie wprowadzać zbyt wielu nazwisk, nazw frakcji czy dat. O ludobójstwie w Rwandzie oraz kongijskich wojnach domowych ludzie piszą książki, więc skrócenie tego do streszczenia było sprawą arcytrudną. Chciałem jednak choć trochę nakreślić kontekst, aby wyjaśnić skąd nasza pomoc w tym konkretnym regionie DR Konga. Specjalnie podkreślałem rolę Prowincji Kiwu we wspomnianych wydarzeniach, bo za każdym razem było ono epicentrum wydarzeń.
O wsparcie dla dzieci z Gomy poprosiła nas jedna z lokalnych fundacji. Po wybuchu walk w 2025 roku większość zagranicznych organizacji humanitarnych wycofała się z regionu. Tysiące dzieci błąkało się po ulicach, werbowane przez gangi, uzależnione od używek, zostawione samym sobie. Niestety nie było najmniejszych szans pomóc im wszystkim, dlatego chcieliśmy ocalić, choć małą grupę. Te blisko 40 dzieci, które trafiły pod dach ośrodka, który sami nazywamy sierocińcem, dostało szansę na normalne życie. W ośrodku są zarówno kilkuletnie maluchy, jak i starsze dzieci. Nastoletnie dziewczęta, które przyjęliśmy, były wykorzystywane seksualnie. Jedna z nich została postrzelona w dłonie, a w wyniku infekcji musiała mieć amputowane obie ręce na wysokości ramion. Obecnie, po kilku miesiącach opieki, powróciła do dalszej rodziny.
Marzeniem wszystkich podopiecznych jest możliwość pozostania w sierocińcu na dłużej. Nie chcą ponownie trafić na ulice. W tym momencie zapewniamy im m.in. dach nad głową, wyżywienie oraz edukację. Mają też opiekę medyczną na miejscu. Mimo ogromnej skali potrzeb byliśmy w stanie objąć opieką tylko te kilkadziesiąt dzieci.
W grudniu ub. roku odwiedziliśmy ośrodek. Wizyta była jednak krótka, bo nie chcieliśmy się zbytnio afiszować. Sytuacja w regionie Kiwu nadal jest mocno niestabilna, a dobro dzieci, którym pomagamy, stawiamy na pierwszym miejscu. Celem wyjazdu było oczywiście zobaczenie, jak to wszystko funkcjonuje, jakie są potrzeby i co jeszcze możemy zrobić, aby pomóc. Przy okazji zawieźliśmy dzieciakom całą walizkę klocków LEGO. Podejrzewam, że dla większości, a może dla wszystkich, były to pierwsze w życiu normalne zabawki, jakie dostały. Do tej pory bawiły się m.in. samochodzikami zrobionymi z plastikowych butelek i gwoździ. Po tej wizycie na pewno możemy powiedzieć, że duże słowa uznania należą się opiekunom ośrodka, którzy dbają, żeby wychowankom niczego nie zabrakło. Pomagają im w nauce, organizują zajęcia dodatkowe. W lutym, z naszą pomocą, w ośrodku ruszyły kursy szwalnicze dla kobiet. Uczestniczą w nich również nasze podopieczne. Chcemy, żeby mogły w przyszłości same o siebie zadbać.
Jak dalej będzie rozwijał się ośrodek i jak długo damy radę go wspierać, okaże się z czasem.




